środa, 22 maja 2013

Samolotowe odkrycia

Uwielbiam podróżować samolotem. Co prawda latam naprawdę nie często, bo jak do tej pory zaledwie kilka razy w życiu. Każdy wylot i przylot jest więc dla mnie przeżyciem. Kiedy jednak weszłam do samolotu dwa tygodnie temu, zaniemówiłam. Pierwszy raz w życiu leciałam tak dobrze wyposażonymi liniami (co zresztą powtórzyło się i w piątek, bo przecież musiałam wrócić). Szybko zajęłam moje miejsce, uruchomiłam mały ekranik przymocowany do fotela przede mną i założyłam słuchawki. Czemu Wam o tym wszystkim opowiadam? Tyle nieznanych mi wcześniej zespołów i filmów odkryłam w ciągu tych 48 godzin (24 w każdą stronę), ile normalnie zdarza mi się znaleźć w ciągu miesiąca.

Film
Oczywiście na początku najciekawsza wydała mi się zakładka "Nowości". "Les Miserables", "Hobbit" - nic, czego bym nie widziała. I nagle w oczy rzucił mi się bardzo często ostatnio reklamowany tytuł. "Oz: The Great and Powerful", czyli najnowsza Disney'owska produkcja. Ucieszyłam się, bo planowałam wybrać się na najnowszą wersje jednej z moich ulubionych bajek z dzieciństwa do kina, ale oczywiście jak zawsze za długo się zbierałam. Film pochłonęłam i nawet nie zauważyłam upływu czasu. Jakie wrażenia? Mieszane. Bardzo podoba mi się zachowanie w filmie jakiegoś klimatu ze starej, dobrej ekranizacji "Czarnoksiężnika z Krainy Oz" z 1939. Twórcy filmu chyba za bardzo skupili się na spektakularnych szczegółach przez co film stracił naprawdę wiele na fabule i postaciach. Niestety, zarówno "Alicja w Krainie Czarów", jak i "Hobbit" wygrywają to starcie.

W końcu udało mi się obejrzeć w całości "Życie Pi". Pewnie każdy z Was już słyszał, że film magiczny, naprawdę świetny. Niby przez większość zdjęć chłopak siedzi w łódce z tygrysem, ale ani przez moment się nie nudziłam. Całī film staje się kompletną całością dopiero po obejrzeniu końcówki i to właśnie jest w nim tak urzekające.

Sama nie wiem jak to się stało, że trafiłam w zakładkę z komediami. Tam znalazłam "500 dni miłości", czyli niby typową, schematyczną komedyjkę romantyczną, ale jakby o innym klimacie. Film jest przedstawiony z punktu widzenia mężczyzny i może właśnie to różni go od komedii romantycznych, które do tej pory miałam okazje oglądać. A może to większa koncentracja reżysera na uczuciach niż wydarzeniach? Nie wiem. Dałabym 5/10 - jak na ten gatunek.

Po raz kolejny obejrzałam "Służące" i mam w planie napisać na ten temat oddzielny post, więc nie ma sensu teraz się rozpisywać.

Najlepszy film udało mi się jednak wyczaić już pod koniec podróży. "Piękny umysł" trafia na listę moich ulubionych filmów, powiedziałabym nawet, że zajmuje tam wysoką pozycję. Jestem zachwycona absolutnie każdą sekundą trwania tego dzieła. Tak, dzieła.

Muzyka
Tutaj było bardzo bogato, ale wymienię tylko te ciekawsze pozycję.
Zawsze, odkąd pierwszy raz leciałam samolotem, startuję i ląduję z Beatlesami w słuchawkach. Kiedyś było to kwestią pozbycia się strachu związanego z lataniem, teraz po prostu poprawienia sobie humoru i dodania odwagi, która przecież przydatna jest zawsze. O Beatlesach chyba nawet nie ma co pisać, każdy wie o czym mowa.

Kiedy otworzyłam zakładkę z napisem audio, spojrzałam na listę piosenek, które słuchał mój poprzednik (a tak się składa, że takowej u mnie wyczyścić zapomniano). Co prawda ta osoba ma raczej zupełnie odmienny gust do mojego, ale dzięki niej trafiłam na "If I die young" The Band Perry (bardzo adekwatny tytuł do lotu samolotem, nie?). I zakochałam się.

Następnie zaczęłam poszukiwania czegoś nowego. Znalazłam "Band of Horses", który co prawda wcześniej obił mi się o uszy, ale nie miałam okazji zapoznać się z ich twórczością. Spodobało mi się na tyle, że mam plan zakupić jeden z ich albumów. Ulubiona piosenka? Chyba nikogo nie zdziwię, jak napiszę, że "The Funeral", ale może trochę mniej oczywistym wyborem będzie "I Like To Go To the Barn Because I Like The" (nawet jeśli wokalista trochę skrzeczy).

Sama nie wiem, jak to się stało, że zahaczyłam o Peter, Bjorn & John i ich "Young Folks". W każdym razie mam bardzo duży sentyment do tej piosenki, nawet jeśli do tej pory nie miałam pojęcia czyj to utwór. Tym tropem dotarłam jeszcze do "Let's Call It Off" i "Second Chance". Zaciekawili mnie, nie powiem.

"And We Danced" Maclemore x Ryan Lewis to może i mało ambitna muzyka, ale tak świetnie mi się kojarzy, że zawsze miło sobie powspominać. Zwłaszcza, że ostatnio Maclemore zyskał na popularności. To dziwne, w moim sercu był dla niego malutki kawałek już od bardzo dawna.

W między czasie przesłuchałam również "The Element of Freedom" Alicii Keys. Alicia ma bardzo miły głos, chociaż jej najnowszy album znacznie bardziej mi się podoba. Natomiast tym, którzy szukają muzyki na długą drogę (samolotem czy też samochodem) gorąco polecam - jak dla mnie idealna muzyka na dalekie podróże.

Ostatnim odkryciem muzycznym, które (jakie?) zapamiętałam był Michael Buble ze swoim "It's a Beautiful day", czyli najbardziej pozytywną piosenką, jaką ostatnio słyszałam. Myślę, że często będę do niej wracać, bo bardzo poprawia mi humor.

Ze spraw nudniejszych, czyli organizacyjnych: chciałam Was przeprosić za nieobecność, ale teraz postaram się zamieszczać notki naprawdę regularnie. Poza tym jak już możecie zobaczyć na górze pojawiły się zakładki, gdyż chcemy Wam ułatwić orientacje na blogu o tak rozległej tematyce. Mamy nadzieję, że to trochę pomogło ; )

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz