wtorek, 30 kwietnia 2013

"Zazdrosny kocha więcej, ufny kocha lepiej": podsumowanie kwietnia 2013.


 Jak to jest, że znowu spóźniłam się z opublikowaniem posta? Nie było mnie kilka dni, wcześniej nie miałam dostępu do internetu - przepraszam! Nie wiem, jak to będzie z notkami w maju, prawdopodobnie może być zastój na blogu. Mnie nie ma, Alice nie ma, a co za tym idzie - na podsłuchu na linii pustki. Przepraszam znowu! Mam nadzieję, że uda się mi to jakoś nadrobić.

  Kwiecień był dość różnorodny pod każdym względem. Po pierwsze, w końcu udało mi się co jakiś czas zapisywać najważniejsze tytuły i dokładnie pamiętam, co konkretnie oglądałam, słuchałam itd. Pomógł mi w tym też mój last.fm, który w końcu zaczął działać. Uwielbiam ten portal, a zwłaszcza takie jego produkty jak na przykład wtyczka scrobblująca z yt albo bezpośrednio z telefonu, cudo. Do rzeczy.

Film i telewizja.

   Chyba przekonałam się do filmów wojennych - w końcu obejrzałam "Chłopca w pasiastej piżamie", planowałam to od dawana, kilka osób mi go polecało i często widziałam ten film na wysokich pozycjach w rankingach. Liczyłam na schematy typowe dla filmów historycznych, bardzo miło się zaskoczyłam. Film bije na głowę wszystkie inne z tego gatunku, jakie kiedykolwiek wcześniej widziałam. Świat został przedstawiony z perspektywy dziecka, które zupełnie nie rozumie jego brutalności. Daję 8/10.

I nawet byłam w kwietniu w kinie! Co prawda film (o tytule "Władza") nie za bardzo do mnie przemówił, bo niezbyt dobrze orientuję się w kryminałach. Po wyjściu z sali nie za bardzo rozumiałam, o co do końca w nim chodziło - zawiłości polityczne, morderstwa i zagadki - to zupełnie nie dla mnie.


Przedwczoraj udało mi się pooglądać jedną z bajek mojego dzieciństwa - "Dzwonnika z Notre Dame". Co tu dużo mówić, zakochałam się na nowo! Zwłaszcza w jej części wokalnej.


Wracając jeszcze na chwilkę do tych filmów nieanimowanych - zapomniałabym o "Now is Good", film opowiada o umierającej na białaczkę nastolatce. Nie ma w nim nic niezwykłego, nie odstaje ani nie wyróżnia się od innych filmów tego typu, jednak mimo wszystko uważam, że warto go obejrzeć i przekonać się samemu. Momentami przypominał mi "Szkołę Uczuć", lecz śmiało mogę przyznać, że jest od "Szkoły..." zdecydowanie lepszy.


   Jeśli chodzi o mały ekran, chyba przekonałam się do trzeciej generacji Skinsów. Pooglądałam prawie całe ostatnie dwa sezony, troszkę mnie zaskoczyły. Po żenujących początkowych odcinkach coś zaczyna się dziać dopiero w okolicach odcinka szóstego. Oczywiście sezon 5 i 6 zdecydowanie odstają od poprzednich,
nie są ani w połowie tak dobre jak te z generacji pierwszej czy drugiej. Moją ulubioną postacią z piątki i szóstki definitywnie została Franky.

Książka.

   I tutaj znowu raczej nie mam czym się chwalić. Na głowie miałam dwie lektury do szkoły, o których w zasadzie nic nie mogę napisać, bo nie gustuję w powieściach tego typu. Poza tym przeczytałam "Poradnik Pozytywnego Myślenia", którą zapowiadałam już miesiąc temu. W porównaniu książka-film wypada mniej więcej na równi, jednak myślę, że zawiera zbyt wiele opisów rozgrywek futbolowych, przynajmniej jak dla mnie. Nie znam się na tym i wcale nie interesowały mnie dokładne relacje z meczów.
  Co jeszcze? Nie skończyłam "Mistrza i Małgorzaty", to chyba nie dla mnie, przynajmniej jak na razie.
Ale za to zaczęłam czytać "Władcę Pierścieni", jestem już w połowie i niezwykle mi się podoba. Jak skończę, to napiszę coś więcej, dlatego pewnie na większą dawkę książkowych recenzji możecie czekać w środku maja albo na podsumowaniu za miesiąc.


Muzyka.

   A tutaj sporo się działo, nawet jestem zaskoczona, że tyle nowych zespołów, albumów, aż w końcu utworów, udało mi się poznać. 
   Jedną z pierwszych piosenek, którą mam tutaj zapisaną, udostępniłam jakoś tak na początku kwietnia na fanpejdżu, chodzi mi o "If I Ain't Got You" Alici Keys. Słuchałam jej wtedy non-stop, bez ustanku, wieczorem i rano, itd. Usłyszałam ją w X-Factorze, potem nie dała mi na długo spokoju. Przyznaję, że nie słucham jej nachalnie dopiero od kilku dni, jeszcze nie tak dawno stale ją nuciłam, a nawet dzisiaj jeszcze złapałam się na tym, że mruczałam pod nosem refren. Znalazłam też świetny cover tego utworu, warto posłuchać! Link zostawiam tu.
   Jeśli jestem już przy piosenkach popowych, to wspomnę jeszcze o dwóch tytułach, których dość często słuchałam. "Impossible" śpiewane przez gwiazdę brytyjskiego X-Factora podobno (piszę - podobno - bo absolutnie nie mam pojęcia, kim James Arthur tak naprawdę jest) oraz "Never Let Me Go" Lany del Rey, o której tak swoją drogą mam w planie napisać w maju.
   Zapowiadałam też, że prawdopodobnie kwiecień upłynie mi z albumami Placebo, a niestety tak się nie stało. Pobrałam "Without You I'm Nothing" i tez spokojnie czeka na swoją kolej w odpowiednim folderze. Poznałam tylko jeszcze jedną ich piosenkę - "I'm Yours", niestety nie jest tak dobra jak "Running Up That Hill", ale daje radę.
   Jeden z kilku albumów, jaki udało mi się przesłuchać, to June Julii Marcell, o którym już pisałam. Jedyne, co mogę jeszcze dodać, to to, że przekonałam się co do "Ctrl" i "June", teraz prawdopodobnie umieściłabym je w tych najlepszych.
   Kolejny album to "Ceremonials" Florence + The Machine, płyta, którą można albo pokochać, albo znienawidzić. Ja kocham i nienawidzę na zmianę, czasem uważam, że są tam najlepsze utwory jakie kiedykolwiek słyszałam, a czasem rzucam słuchawkami po ścianach z krzykiem "wyłączcie to, aaa, wyłączcie". Niektóre piosenki jednak lubię cały czas, chodzi mi o takie tytuły jak na przykład "All This and Heaven Too" albo "Shake It Out".
  Udało mi się też przebrnąć przez "Ciepło/Zimno" happysadu, ale nie będę się tutaj rozpisywać na jej temat, szykuję już całą recenzję. Niedługo powinna pojawić się na blogu.
   Jednak mimo wszystkich zespołów, artystów i albumów, największym zaskoczeniem miesiąca był dla mnie zespół Angusa & Julii Stone, rodzeństwa z Australii wykonującego muzykę głównie gatunku folk, blues, ja też słyszę tam troszkę alternatywnej. Ich składanki na yt mogłabym słuchać non-stop, tak też zresztą było w kwietniu. Do najlepszych utworów zaliczam teraz "Babylon", "I'm Not Yours", "Wedding Song". Na chwilę obecną są to moje trzy ulubione, jednak lubię i znam o wiele więcej. Mam nadzieję, że w przyszłości będę mogła napisać jeszcze coś więcej na ich temat. Ich drugi krążek "Down The Way" trafia na listę płyt, które muszę mieć, może niedługo uda mi się nawet kupić!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz